Tomasz Kos: ŁKS-owi się nie odmawia | CZ. I

Tomasz Kos: ŁKS-owi się nie odmawia | CZ. I

lks lodz 1998 - Tomasz Kos: ŁKS-owi się nie odmawia | CZ. I

fot. Artur Kraszewski

Miałem w życiu to szczęście, że mogłem robić to, co kochałem i jeszcze mi za to płacili. A tak się złożyło, że mnóstwo tych najwspanialszych sportowych chwil przeżyłem właśnie z przeplatanką na piersi – podkreśla Tomasz Kos, mistrz Polski z 1998 roku w barwach ŁKS-u. Zapraszamy na pierwszą część obszernego wywiadu z jednym z filarów „złotej” drużyny sprzed 22 lat.

Panie Tomku, jak zdrowie?

Nie mam koronawirusa, a to chyba podstawa w obecnej rzeczywistości. Natomiast odnośnie tego zdrowia, hm, „popiłkarskiego”, to cóż, nie było, nie ma i raczej już nie będzie.

Aż tak kiepsko?

Nie ma co ukrywać, że po ponad 20 latach gry w piłkę organizm jest bardzo zniszczony i odczuwa cały ten dawny wysiłek włożony w walkę na boisku. Dość powiedzieć, że ledwo skończyłem 46 lat, a mam za sobą już cztery poważne operacje – w tym kręgosłupa. Mówi się, że sport to zdrowie, ale na moim przykładzie widać, że to stwierdzenie dotyczy raczej tylko sportu amatorskiego. Co innego, gdy człowiek rusza się rekreacyjnie trzy razy w tygodniu, a co innego, kiedy zawodowo uprawia się jakąś dyscyplinę.

Co pan obecnie porabia?

Przez ostatnie trzy-cztery lata pracowałem jako skaut piłkarski dla jednego z polskich klubów, ale od stycznia zmieniłem branżę i na razie rozstałem się z futbolem. Praca skauta jest bardzo fajna, bo można oglądać mnóstwo meczów przez cały rok, ale jest też druga strona tego medalu – człowieka od czwartku do poniedziałku praktycznie co tydzień nie ma w domu, bo jest w ciągłych rozjazdach. Pracując jako skaut rocznie przejeżdżałem od 60 do 100 tysięcy kilometrów. Teraz moja praca ma dużo spokojniejszy charakter, bo dla niemieckich firm zajmuję się wyszukiwaniem pracowników w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Już wcześniej pomagałem trochę znajomym z ojczyzny w znalezieniu pracy w Niemczech i tak się to jakoś naturalnie dalej potoczyło. A Polacy dalej są bardzo cenionymi pracownikami na niemieckim rynku pracy i tutejsze firmy dużo chętniej ich zatrudniają niż choćby pracowników z Afryki, których cechuje całkiem inna mentalność.

A jak to się w ogóle stało, że po zakończeniu kariery zawodniczej zdecydował się Pan pozostać w Niemczech?

Jestem w Niemczech od początku 1999 roku, czyli już ponad dwie dekady. Do czasu odwieszenia butów na kołku zdążyłem nawiązać tutaj sporo przyjaźni, poznałem dobrze język i tutaj ostatecznie postanowiłem się osiedlić. Uznałem, że tak będzie dla mnie lepiej niż wracać do kraju i znów od początku budować sobie życie na nowo. Po zakończeniu gry w piłkę poszedłem tutaj na studia z zakresu „sports management”, czyli zarządzanie sportem, a potem jeszcze dodatkowo przez rok kształciłem się w zakresie skautingu. Uprzedzając kolejne pytanie, powiem, że nigdy nie ciągnęło mnie do pracy trenerskiej. Głównie przez postępującą różnicę pokoleń i zmieniające się podejście do piłki wśród młodych zawodników. Chciałem też trochę wyjść z tego świata piłkarskiego po 20 latach weekendów spędzanych poza domem. Ale wciągnął mnie ten skauting i w sumie dopiero teraz od tych kilku miesięcy mogę posmakować nieco innego życia.

Czuje pan przesyt futbolem?

Uwielbiam futbol, który nadal jest moją wielką miłością, ale nie chcę i nie muszę być przy nim za wszelką cenę przez cały czas. Dalej chętnie oglądam mecze i śledzę piłkarskie doniesienia, lecz teraz robię to już z nieco innej perspektywy. Nie bez znaczenia był też dla mnie fakt, że dużo się w samej piłce zmieniło przez te dwie dekady. I to praktycznie pod każdym względem – taktycznym, technologicznym, mentalnym… W klubach piłkarskich coraz rzadziej można już spotkać taką rodzinną atmosferę, jaka bywała dawniej. Teraz to już są prawdziwe korporacje, będące częścią ogromnego biznesu. Kiedyś ludzie związani z poszczególnymi klubami rozmawiali ze sobą przy kawie, a obecnie dyskusje toczy się za pośrednictwem mediów społecznościowych. Wielkie pieniądze sprawiły, że piłkarskie życie dookoła nas wygląda teraz całkiem inaczej.

Jakie obecnie nastroje panują w Niemczech w związku z epidemią i jak wyglądały te ostatnie tygodnie za naszą zachodnią granicą?

Mieszkam w Aue i muszę przyznać, że nie jest łatwo. Ale chyba wszyscy na całym świecie mają teraz podobny problem. Gospodarka wyhamowała praktycznie na sto procent i nie wiadomo, kiedy wróci do dawnego poziomu. Wiele osób już straciło pracę albo boi się, że straci ją niebawem, więc nastroje nie są zbyt optymistyczne. Ale mimo to, wszyscy starają się trzymać reguł wyznaczonych przez władze i wierzą, że powoli obostrzenia zaczną być zmniejszane, a sytuacja zacznie stopniowo wracać do normalności. Choć wszyscy zdają sobie sprawę, że musimy nauczyć się z żyć z nowym wirusem co najmniej przez kilka miesięcy. Każdy gdzieś podświadomie będzie się bał zarażenia i sam z siebie pilnował odpowiedniego odstępu w sklepie czy w restauracji – gdy te zostaną powtórnie otworzone. Liczby zakażonych i zmarłych z różnych krajów podawane przez media działają na wyobraźnię. Tym bardziej że wśród ofiar zdarzają się coraz młodsze osoby i bez chorób współistniejących. Nikt nie może czuć się zatem w pełni bezpieczny.

Jak często w normalnych okolicznościach przyjeżdża pan do ojczyzny?

Do końca ubiegłego roku bywałem całkiem często, co miało też związek z moją pracą w roli skauta i przyjazdami do klubu, z którym współpracowałem. Teraz po zmianie pracy byłem w Polsce tylko raz, pod koniec stycznia. I pewnie jeszcze na ponowny przyjazd przyjdzie mi trochę poczekać, biorą pod uwagę obowiązujące przepisy o przymusowej kwarantannie dla przekraczających granice.

A wierzy pan, że i w Niemczech, i w Polsce uda się dograć ten sezon ligowy do końca?

Sądzę, że tak, ale bez publiczności to już na pewno nie będą takie same rozgrywki. Wszędzie klubom zależy jednak na dograniu sezonu, aby móc liczyć na środki z tytułu praw telewizyjnych. W przeciwnym razie wiele klubów będzie miało poważne problemy. Pieniądze z transmisji wszędzie stanowią bowiem ważną część budżetu. W Niemczech w najgorszej sytuacji będą kluby z trzeciej czy czwartej ligi, gdzie wpływy z telewizji są niewielkie, ale za to dochód z biletów stanowi główne źródło finansowania. Takie kluby żyją praktycznie tylko z kibiców i sponsorów, którzy też mają teraz mnóstwo własnych problemów.

Śledzi pan najważniejsze wydarzenia związane z polskim futbolem – dotyczące Ekstraklasy i drużyny narodowej?

Jak najbardziej. Dopóki były mecze, to od czasu do czasu udało się coś obejrzeć. Odkąd wyjechałem z Polski, dużo się w lidze zmieniło. Na pewno podniósł się poziom i widać, że coraz lepiej to wygląda. Jako całość zmierza to w dobrym kierunku. Choć wiadomo, że do europejskiej czołówki dużo nam jeszcze brakuje, bo konkurencja w innych krajach też nie śpi.

W których aspektach widzi pan jeszcze największe rezerwy do nadrobienia?

W każdym elemencie można coś zrobić jeszcze lepiej – taktycznym, technicznym, kondycyjnym, mentalnym… Co na pewno rzuca się w oczy, to odejście od dawnych metod treningowych, kiedy na „dzień dobry” było w lesie do zrobienia 20 kilometrów, a potem przechodziło się do zajęć z piłkami lekarskimi. Teraz treningi są już dużo bardziej oparte na ćwiczeniach z piłkami, a wszystko wokół ma znacznie bardziej profesjonalny charakter.

Zmieńmy nieco temat. Niedawno świętował pan 46. urodziny. Dużo obrazków z przeszłości przy tej okazji stanęło przed oczami?

Niekoniecznie. Dla mnie urodziny to tylko cyferki zmieniające się na papierze. Nie boję się ich i podchodzę do nich neutralnie. Wiadomo, że nikt z nas młodszy nie będzie i czasu nie cofnie, więc nie ma sensu się nad sobą specjalnie rozczulać. Lepiej patrzeć przed siebie, żeby nie zmarnować ani jednego dnia. W dniu urodzin życzyłem sobie przede wszystkim zdrowia, bo jeśli ono dopisuje, to reszta jakoś się sama wcześniej czy później poukłada.

Spróbujmy uszeregować wszystkie te najważniejsze pana sportowe wspomnienia od samego początku. Co sprawiło, że zaczął pan treningi w Olimpii Koło?

Jak każdy inny chłopak, bardzo lubiłem grać piłkę. Po szkole rzucało się tornister w kąt i grało do wieczora. Dopiero potem szło się do domu, jadło kolację i robiło lekcje. Teraz to już inaczej wygląda wśród dzieciaków, ale wtedy w domu naprawdę spędzało się niewiele czasu. No i z czasem tak człowiek polubił to granie w piłkę, że chciał czegoś więcej i postanowił zapisać się do klubu. Piłkarskiego bakcyla na poziomie klubowym połknąłem od razu. Byłem dumny, że mogę grać w klubie i nigdy nie narzekałem, że treningi są za ciężkie albo jest ich zbyt dużo i nie mam przez to czasu na inne rzeczy. Nikt z nas nie zwracał też wtedy uwagi na stan boisk, szatni czy koszulek. Liczyła się jedynie frajda z gry. Rywalizacja sprawiała radość, a przy okazji kształtowała też nasze charaktery.

Olimpia Koło ma sekcje piłki nożnej i piłki ręcznej. Przy swoich warunkach fizycznych nigdy nie ciągnęło Pana, aby spróbować sił w szczypiorniaku?

Nie, nigdy. Ale muszę wspomnieć, że podczas nauki w technikum budowlanym w Koninie grałem też regularnie w koszykówkę. Z sukcesami reprezentowałem szkołę, choć piłka nożna zawsze była dla mnie numerem jeden. Gdzieś powinienem mieć także jeszcze dyplomy za udział w rozgrywkach w tenisa stołowego czy też w siatkówkę. Zgłaszałem się chętnie do różnych szkolnych sekcji, bo dzięki wyjazdom na zawody nie musiałem siedzieć tyle na lekcjach.

A czy od razu zaczął pan grać w Olimpii jako obrońca albo defensywny pomocnik, czy trochę czasu zajęło trenerom znalezienie panu optymalnej pozycji?

I tu pewnie niektórzy się zdziwią, ale zaczynałem jako środkowy pomocnik i to taki bardziej ofensywny. Z wiekiem jednak coraz szybciej rosłem i trenerzy stopniowo mnie cofali na boisku. Aż w końcu wylądowałem na stoperze. I to była moja ulubiona pozycja. Defensywny pomocnik zawsze musiał dużo biegać, tak samo jak i obrońca kryjący. Na stoperze tego biegania było za to nieco mniej, choć odpowiedzialność za swoje zagrania była z kolei nieporównywalnie większa. Bo gdy zrobiło się jakiś błąd, to już tylko bramkarz mógł go naprawić. Ale i wolałem być właśnie stoperem.

Po ukończeniu wieku juniora z Koła trafił pan do Pniew, gdzie złote czasy przeżywał Sokół Pniewy. Pamięta pan swój debiut w Ekstraklasie?

Takich momentów się nie zapomina. To była końcówka sezonu, graliśmy z Legią przy Łazienkowskiej. Przegraliśmy wtedy 0:5, a ja wszedłem na ostatnie minuty. Tak przestraszony chyba jeszcze nigdy w życiu nie byłem. Żadnym egzaminem się tak nie stresowałem, co wtedy. Z jednej strony spełniało się moje marzenie z dzieciństwa, a z drugiej – wybiegałem powstrzymywać naszpikowaną gwiazdami Legię, która wówczas z powodzeniem radziła sobie też w Europie. Marek Jóźwiak, Leszek Pisz, Jerzy Podbrożny czy Wojciech Kowalczyk – tych panów nikomu nie trzeba chyba przedstawiać. Dlatego pomimo wysokiej porażki, tamten debiut do dziś wspominam z ogromnym sentymentem. Potem przed każdym kolejnym spotkaniem byłem już coraz bardziej spokojny, choć przedmeczowa adrenalina zawsze mi towarzyszyła. Bez niej chyba zresztą dałbym sobie spokój z futbolem. Bo po co robić coś, co nie wywołuje w człowieku żadnych emocji?

Jak zapamiętał pan pobyt w Pniewach, które były bodaj pierwszym z takich małych ośrodków, gdzie próbowano się bawić w wielki futbol w latach 90.?  Z kim miał pan tam okazję występować?

Rzeczywiście, Pniewy z niespełna trzema tysiącami mieszkańców były malutkim ośrodkiem. Ale miało to swoje dobre strony. Z większością chłopaków mieszkaliśmy w jednym budynku i trzymaliśmy się razem nie tylko na boisku. Mieliśmy w klubie super atmosferę, było bardzo rodzinnie. Miło wspominam tamten okres także z tego powodu, że jako młody chłopak miałem obok siebie wielu doświadczonych zawodników, od których mogłem się uczyć. W Sokole występowali wtedy m.in. Dariusz Płaczkiewicz, Robert Wilk, Dariusz Kurzeja, Zbigniew Konieczko czy też Zenon Burzawa, czyli ówczesny król strzelców. Naprawdę było kogo podpatrywać. A dla ludzi w Pniewach pierwsza liga stanowiła prawdziwe święto. Dla nich to było coś zupełnie nowego i na każdym kroku czuliśmy, że stanowimy bardzo ważny element lokalnej społeczności. Sokół i jego ludzie byli dla miejscowej ludności nich powodem do dumy.

Po dwóch sezonach w Pniewach, w związku z fuzją klubów, przeniósł się pan na Śląsk, gdzie przyszło przywdziewać panu barwy tyskiego klubu. Jak się grało i żyło w Tychach?

Takie były wtedy czasy, że na pewne sprawy człowiek nie miał wpływu. A bardzo chciał grać w piłkę… Decyzje podejmowali prezesi, którzy dysponowali kartami poszczególnych zawodników i to oni rozstrzygali, kto gdzie będzie grał. Ale nie żałuję, że tak się to wszystko ułożyło, bo w Tychach również mieliśmy fajną drużynę. Szkoda tylko, że z czasem problemy finansowe klubu były coraz większe i przez kilka miesięcy nie otrzymywaliśmy pensji. Później jednak zaległości zostały wyrównane, więc nie byłem stratny. A zyskałem kolejne nowe doświadczenia, poznałem kolejny region kraju i znów wiele się nauczyłem. Dało się wyczuć, że na Śląsku ludzie mają nieco inną mentalność, lecz nie można narzekać, bo są bardzo mili. Największe problemy stwarzało mi zrozumienie tego, co do mnie mówią, bo jakby nie patrzeć śląska gwara, zwłaszcza przy szybkiej wymowie, jest ciężka do przyswojenia. Dla nas najbardziej istotne było jednak to, że czuliśmy się potrzebni. Łatwo się było zorientować, że zapotrzebowanie w Tychach na dobrą piłkę było naprawdę duże. Podczas pierwszych spotkań stadion wypełniony był niemal po brzegi.

W Sokole Tychy był pan tylko rok, bo zgłosił się po pana ŁKS. Jakie były okoliczności tego transferu? Co przekonało pana do przeprowadzki do Łodzi?

Wielkim orędownikiem mojego transferu był trener Leszek Jezierski, który wiele razy dzwonił do mnie i przekonywał do zmiany barw. Antoniemu Ptakowi również zależało, abym przyszedł do Łodzi. A w Tychach wszystko powoli się już rozsypywało, więc trudno było wiązać tam swoją przyszłość na dłużej. Poza tym, wiedziałem, że ŁKS to określona marka, klub z długą i bogatą tradycją. Trudno było odmówić. Zwłaszcza, że w latach 90. drużyna naprawdę nieźle sobie radziła i częściej niż w dolnej plasowała się w górnej połówce tabeli.

Pamięta pan swój pierwszy mecz na obiekcie przy al. Unii 2?

Przyznam, że nie. Wydaje mi się, że był to jakiś mecz Pucharu Intertoto. Ale słaba pamięć w tym przypadku to pewnie efekt tego, że wtedy bardzo słabo zaczęliśmy sezon. Po siedmiu czy ośmiu kolejkach mieliśmy na koncie chyba raptem ze dwa punkty i niektórzy już zaczynali nas skreślać. Leszek Jezierski przestał być wtedy trenerem, a jego miejsce zajął Marek Dziuba, który później na zmianę z Ryszardem Polakiem odpowiadali za zespół. Szybko zaczęliśmy odrabiać straty i ostatecznie sezon skończyliśmy na bodaj szóstej pozycji. A Mirek Trzeciak wywalczył na dodatek tytuł króla strzelców.

Jak ogólnie odnalazł się pan w ówczesnej Łodzi?

Wiem, że niektórzy narzekali na Łódź z lat 90., ale mnie bardzo się ona podobała. Nigdy wcześniej nie mieszkałem w tak dużym mieście, które dawało zupełni inne możliwości w porównaniu do ośrodków, gdzie grałem wcześniej. Byłem zadowolony i mogę mówić tylko pozytywnie. Co ważne, zespół też przyjął mnie bardzo dobrze. Jedyne, na co mogłem narzekać, to na niezwykle ciężkie treningi, które w okresie przygotowawczym serwował nam Leszek Jezierski. Mówiło się, że kto przetrwa przygotowania pod okiem Jezierskiego, ten przetrwa wszystko. I to stwierdzenie idealnie oddaje skalę wysiłku. To był jeden z najtrudniejszych okresów przygotowawczych w moim życiu. Nie życzę nikomu takich treningów, co nie zmienia faktu, że trenera Jezierskiego wspominam bardzo pozytywnie. Bo kiedy trzeba było, to umiał też zażartować i rozluźnić atmosferę. Miał podejście do ludzi.

Z kim trzymał się pan najbliżej w ekipie „Rycerzy Wiosny”?

Atmosfera w szatni na pewno była naszym dodatkowym atutem. Grzesiek Krysiak, Tomek Lenart, Marek Saganowski, Mirek Trzeciak – to tylko pierwsze nazwiska, które przychodzą mi teraz do głowy.

Jak scharakteryzowałby pan tamten ŁKS, w którym przyszło panu występować?

Jak już wspomniałem, mieliśmy rewelacyjną atmosferę w klubie. Hasło „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” na pewno w naszym przypadku nie było tylko pustym sloganem. Panował taki rodzinny klimat, dzięki któremu łatwiej się wszystkim funkcjonowało.

Drugi rok w biało-czerwono-białych barwach zwieńczył pan zdobyciem tytułu mistrza Polski. Przychodząc do Łodzi, zakładał pan tak optymistyczny scenariusz?

Takich rzeczy nigdy się nie planuje. Ale wiadomo, że człowiek zawsze chce grać o najwyższe cele i nie zadowala się byle czym. Bo jeżeli sportowiec nie ma w głowie żądzy wygrywania, to czym prędzej powinien zająć się czymś innym, bo tylko marnuje swój czas i innych. Nie planowałem mistrza z ŁKS-em, ale gdy tylko wraz z kolegami poczułem, że jest szansa zrobić taki wynik, to walczyłem o niego ze wszystkich sił.

A jak zapamiętał pan Antoniego Ptaka, czyli ówczesnego właściciela klubu?

Człowiek interesu. Ale przy tym bardzo solidny i słowny facet, który jak powiedział, że coś będzie, to tak było. Zawsze można było na nim polegać. Obojętnie, z jakim tematem szło się do niego, nigdy nie pozostawał obojętny. Tylko pan Ptak wie, ile dokładnie czasu i pieniędzy włożył w ŁKS. Wiele osób zarzucało mu, że on chce tylko zarobić na piłce, ale zastanówmy się: czy teraz albo w tamtych czasach można w Polsce zarobić na prowadzeniu klubu?


Rozmawiał: Bartosz Król

The post Tomasz Kos: ŁKS-owi się nie odmawia | CZ. I appeared first on ŁKS Łódź – oficjalna strona dwukrotnego Mistrza Polski.